REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ
26



OCEŃ
3.7

Nadchodzi kres monogamii

Jedno jest pewne: sztywne zasady odchodzą do lamusa i coraz więcej ludzi żyje tak jak im się podoba, nie oglądając się na opinię innych. Czy to dobrze, czy źle? Nam się wydaje, że zawsze lepiej mieć wybór.

rys. Adam Quest

Żyjemy w kulturze, w której ślub jest fetyszyzowany. Ludzie od zawsze interesują się ślubami celebrytów, a niedawny ślub księcia Harry’ego i Meghan Markle był transmitowany na żywo na cały świat. W naszym kraju robiły to największe kanały informacyjne, słusznie zakładając, że ludzi będzie to bardziej kręcić niż polityka krajowa i kursy walut. Rozczulamy się widokiem wzruszonych państwa młodych i mamy nadzieję, że będą żyli długo i szczęśliwie, póki śmierć ich nie rozłączy. Jak widać, kochamy bajki.

Halo, tu Ziemia!

Być może nasze zamiłowanie do ślubów i całej tej bajkowej oprawy wynika z chęci zaklinania rzeczywistości. Bo przecież nie jest dla nikogo tajemnicą, że społeczne trendy w rozwiniętych krajach idą w zupełnie innym kierunku niż sakramentalne: „I że cię nie opuszczę aż do śmierci”. To, co kiedyś było normą czy stanem, do którego się dążyło, obecnie staje się coraz rzadsze. Wpływ na to ma naturalnie emancypacja kobiet, kontrola własnej płodności oraz ekonomiczna niezależność. Kobieta nie musi się już kurczowo trzymać męża, bo bez niego zginie marnie. Pracuje, ma własne pieniądze i przeważnie udaje jej się uniknąć urodzenia ósemki dzieci (no chyba że chce).

Nowoczesne związki to dobrowolna relacja dwójki wolnych ludzi, którzy są ze sobą, bo mają na to ochotę, a nie dlatego, że muszą. Presja rodzinna i społeczna na utrzymanie związku już też nie jest taka silna, przynajmniej w większych miastach. Rozwody stały się codziennością. Można powiedzieć, że model obecnie obowiązujący to seria związków trwających dłużej lub krócej. Niektórzy nazywają to seryjną monogamią.

Kto to wymyślił?

Ale chwileczkę. Kto powiedział, że monogamia, seryjna lub nie, ma być jedyną formą współżycia? Zresztą już jest kwestionowana, i to nie tylko w krajach islamu. W książce „Moralne zwierzę” Robert Wright dowodzi, że monogamia to po prostu tylko jedna z możliwości. I biorąc pod uwagę historię ludzkości, wcale nie taka częsta. Antropolodzy przebadali 1200 współczesnych i dawnych kultur i okazało się, że tylko w 150 istniał wymóg monogamii. W pozostałych mężczyźni, którzy dysponowali majątkiem i mieli pozycję, mogli mieć całe mnóstwo żon i nałożnic. Nie trzeba dodawać, że te systemy nie były sprawiedliwe wobec kobiet.

Świat zwierząt też nie dostarcza nam wielu pozytywnych wzorców. Wśród przebadanych ssaków tylko 3% tworzy związki na całe życie. Jeśli chodzi o najbardziej zbliżony do nas rząd ssaków naczelnych, to tutaj jest niewiele lepiej – 12% gatunków zawiera „małżeństwa” do grobowej deski. Najbardziej porządne wydawały się ptaki, bo aż 90% gatunków żyje w stabilnych i trwałych związkach.

Niestety, i one nas rozczarowały, bo badania genetyczne wykazały, że zdradzają się na potęgę i ok. 20% piskląt to dzieci innego ptaszka, z którym romansowała pani ptaszkowa. Badaczka P.A. Gowaty z University of Georgia przebadała pod względem genetycznym ok. 180 gatunków ptaków i doszła do wniosku, że w monogamii żyje zaledwie 10% gatunków. Poza tymi wyjątkami świat przyrody zna najróżniejsze możliwe układy. Trójkąty, wielożeństwo, pary homoseksualne, orgie – co tam sobie wymyślicie.

Zobacz też: Miłość w czasach Tindera

Seks a pokój na świecie

Ulubionym obiektem badań naukowców są blisko spokrewnione z szympansami małpki bonobo. Bonobo uprawiają radosny seks w najróżniejszych konfiguracjach i pozycjach. Robią to dla zabawy, dla rozładowania napięcia oraz w celu przełamania lodów i nawiązania przyjacielskich relacji z innym plemieniem bonobo. Według badacza Fransa de Waala, bonobo są wyjątkowo mało agresywne w odróżnieniu od swoich krewniaków szympansów. Mało tego: w stadzie bonobo dominującą rolę odgrywają samice. Niektórzy naukowcy twierdzą, że warto się przyjrzeć temu gatunkowi, bo może jest zależność między luźnym podejściem do seksu a łagodnym usposobieniem.

Gdyby ludzkość była mniej sfrustrowana seksualnie i każdy miałby tyle seksu, ile zapragnie, a oprócz tego kobiety pełniłyby dominującą rolę, to świat byłby lepszym miejscem? Nie byłoby wojen, wzajemnej wrogości, konfliktów, rywalizacji? Być może. Kto wie, czy nie dojdziemy do takiego modelu kiedyś w przyszłości. Pionierami przecież byli hippisi w latach 60. XX w., których naczelnym hasłem było „Make love, not war”. Jednak reszta ludzkości chyba jeszcze wtedy nie dojrzała do takiego kroku.

rys. Adam Quest

Monogamia z bonusem

Coraz więcej par decyduje się na otwarty model związku. To znaczy: chcą być razem, bo bardzo się lubią, a nawet kochają, ale od czasu do czasu śpią z innymi ludźmi. I oboje się na to godzą. Badania przeprowadzone na uniwersytecie w Michigan wykazały, że heteroseksualne pary, które żyją w otwartym związku, wykazują niższy poziom zazdrości i wyższy poziom zaufania do drugiej osoby niż pary żyjące w związkach „zamkniętych”. Do tego dochodzą jeszcze niezliczone badania dowodzące zdrowotnych korzyści z regularnego seksu (niższy poziom stresu, niższe ciśnienie, lepsza odporność, zmniejszenie bólu, lepszy sen itp.).

Chwileczkę, czy my właśnie dowodzimy, że tradycyjne związki są gorsze? No bo przecież w tradycyjnych związkach ilość seksu zmniejsza się wraz z upływem lat. Jak zauważa badacz David James Lees, choć te pary są bardzo różne pod względem wieku, pozycji i wykształcenia, to ich motywacja jest jednakowa. „Wszyscy deklarowali, że byli zmęczeni i sfrustrowani próbami wpasowania się w romantyczny model związku, który wydawał im się przestarzały, ograniczający i nie dawał im możliwości realizowania ich potrzeb” – mówi Lees. W ich przypadku decyzja o otwartym związku przyniosła pozytywne efekty: zarówno zdrowotne, jak i psychiczne. To oczywiście nie jest model dla każdego, ale warto mieć świadomość, że dzisiaj mamy znacznie więcej opcji.

Kultura czy natura?

Zdrada w stałym związku to nie jest wynalazek ostatnich czasów. Ludzie robili to zawsze, bo po prostu taka jest ludzka natura – niedoskonała i podatna na pokusy, a wierność wymaga wyrzeczeń. Najnowsze badania opublikowane w Journal of Family Psychology sugerują, że średnio 25% ludzi będzie miało skok w bok na jakimś etapie swojego życia. Czy to oznacza, że powinniśmy to zaakceptować, zamiast oczekiwać bezwzględnej wierności? Wielu celebrytów (którzy stanowią przecież jakiś model dla reszty śmiertelników) otwarcie kwestionuje monogamię.

Zacytujmy Scarlett Johansson, która mówi: „Nie sądzę, że bycie monogamiczną osobą jest naturalne. Wymaga to przecież ogromnego wysiłku, a co jest takie trudne dla tylu ludzi, nie może przecież być naturalne, prawda?”. A Emma Thompson (dodajmy, zamężna od 14 lat) mówi: „Monogamia jest dziwnym stanem dla kobiety, Myślę, że jesteśmy w pewien sposób zakleszczone w pewnych wzorcach czy romantycznych ideach, które formatują nasze oczekiwania”.

Fantastyczna aktorka, Tilda Swinton, też ma za nic tradycyjny model i podobno żyje sobie szczęśliwie razem ze swoim mężem oraz młodym kochankiem. Jednak popkultura raczej opowiada się po tej tradycyjnie moralnej stronie. Wystarczy obejrzeć sobie parę głośnych seriali z ostatnich lat. Oglądałyście serial „The Affair”? Osoby, które nie oglądały, niech zamkną oczy, bo będzie spojler. Otóż mamy dwa sympatyczne małżeństwa i w pewnym momencie dochodzi do zdrady.

Zdrada pociąga za sobą całą serię katastrof i nieszczęść, które, jak podejrzewamy, są słuszną karą za pozamałżeński romans. A pamiętacie film „To tylko seks” z Milą Kunis i Justinem Timberlake’em? Generalnie film był o takiej nowoczesnej parze, która odrzuca konwenanse i postanawia uprawiać ze sobą seks bez zobowiązań. A potem, jak można było przewidzieć, życie pokazuje im „słuszny” kierunek, zakochują się w sobie i pewnie żyją długo i szczęśliwie. Życie swoje, a bajki dla dużych dzieci swoje.

Czytaj też: Jak poderwać faceta?

Czy monogamia jest zdrowsza?

Przez lata nauka zdawała się to potwierdzać. Naukowe magazyny publikowały badania, z których wynikało, że małżeństwo sprzyja zdrowemu sercu, zwłaszcza u mężczyzn. Obniża poziom lęku, a zatem hormonów stresu, podwyższa odporność, obniża ryzyko wylewu itp. Krótko mówiąc – jeśli chcesz żyć długo i zdrowo, to sposobem na to jest małżeństwo. Ale jeżeli dokładniej przeanalizować te badania, to sprawa nie wydaje się już taka prosta.

Badacze z Uniwersytetu w Oklahomie zaobserwowali, że pary tworzące związki otwarte badają się częściej na obecność chorób przenoszonych drogą płciową, co oznacza, że są bardziej świadome ryzyka. Zauważyli również, że czynniki związane z obniżeniem ryzyka choroby serca (lepsza opieka, niższy poziom stresu) mogą występować także w związkach poliamorycznych. I jeszcze jeden argument: w małżeństwach, w których partnerzy umawiają się na wierność, jak wynika z poprzednio cytowanych badań, dochodzi do skoku w bok w 25% przypadków. Oszukiwanie partnera jest zazwyczaj związane z ogromnym stresem, nie mówiąc już o tym, że odkrycie zdrady często prowadzi do depresji u drugiej strony. Wygląda na to, że zdrowiej jest nie obiecywać sobie wierności i godzić się na przygody partnera, niż obiecywać sobie i nie dotrzymywać słowa.

Sekrety, konieczność ukrywania się, podejrzliwość, zazdrość mają fatalny wpływ na nasze zdrowie – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. W 2015 r. w magazynie „Sexual and Relationship Therapy” ukazały się badania, których twórcy dowodzili, że wśród ankietowanych par te, które żyły w niemonogamicznych związkach, częściej opisywały swój stan zdrowia jako znakomity, niż osoby żyjące w związkach zamkniętych.

Bo są dzieci

Jednak z jakiegoś powodu model monogamiczny i niechęć do zdrady jest dosyć trwałą tendencją. Powodem są oczywiście dzieci. Mężczyźni od wieków bali się, że mogą wychowywać dzieci obcych facetów (w przypadku zdrady partnerki), a kobiety bały się, że stracą opiekuna dla siebie i dzieci, w przypadku gdy ich facet zainteresuje się inną. Wszystko to mamy zakodowane w jakiejś starej części mózgu, chociaż najwyraźniej niektórzy bardziej, a inni mniej. Dzieci wciąż nie nadążają za nowoczesnością i najlepiej się rozwijają w monogamicznych związkach. Ale dzieci to tylko kilkanaście lat naszego życia. W czasach kiedy ludzie żyli średnio 40-50 lat i mieli po ośmioro dzieci, to jasna sprawa, że opieka nad nimi była priorytetem i dominowała całe życie.

Obecnie żyjemy ponad 80 lat, a dzieci mamy najwyżej dwoje. Lekko licząc, zostaje nam po odjęciu lat dzieciństwa naszego i dzieciństwa naszych dzieci jakieś ponad 40 lat życia, które chcemy przeżyć fajnie. Z osobą albo osobami, które lubimy, z którymi lubimy spać, jeść i jeździć na wakacje. Kto niby miałby nam zabronić zawierania związków z innymi ludźmi, w dodatku jeżeli nikogo w ten sposób nie krzywdzimy? Wiadomo, że na różnych etapach życia potrzebujemy czegoś innego od związku. Warto pamiętać, że to, co jest normą w jednym miejscu, jest dziwactwem w innym. Nie istnieje na świecie model życia, który pasowałby wszystkim.

Czytaj też: Przygoda na jedną noc

Komentarze

 (3)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA