REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ
10



OCEŃ
4.3

Silna jak nigdy [historia Katie Holmes]

Sześć lat po burzliwym rozstaniu z Tomem Cruise’em Katie buduje mięśnie, chwyta za broń i wstępuje w szeregi marines. Rzecz jasna na ekranie. Po zejściu z planu jest mamą z klasą, która dziś opowiada nam o sile, swojej skomplikowanej relacji ze sportem i trudach macierzyństwa.

Katie Holmes Katie wydaje się dziś być silniejsza, niż kiedykolwiek.

Siedzimy w ekskluzywnym saloniku biznesowym hotelu Mandarin Oriental w Nowym Jorku. Dookoła nas szykowni ludzie popijają drinki z płatkami złota, pływającymi po powierzchni. Gdyby nie Katie, ubrana w dżinsy, luźną, denimową koszulę i sneakersy, dzierżąca w dłoni swój nieodłączny atrybut – kubek z kawą na wynos, prawdopodobnie czułabym się trochę nieswojo. Korzystam z luźnej atmosfery i proszę ją o szybki pokaz aktualnej formy. Katie z pewną dozą pokory przyznaje, że miała małą przerwę w treningach, po czym podciąga rękaw, a moim oczom ukazują się idealnie zarysowane mięśnie rąk. To nie Photoshop w wersji na żywo, lecz efekty kilku miesięcy ciężkich przygotowań do roli byłej marine – kobiety w szeregach amerykańskiej piechoty morskiej. Swoją nową bohaterkę nazywa „wojowniczką”. Wracam pamięcią kilka lat wstecz i dochodzę do wniosku, że tę rolę odgrywa nie tylko na ekranie, ale też w życiu osobistym.

Pamiętam nasz pierwszy wywiad. To był rok 2003, chwilę po zakończeniu serialu „Jezioro marzeń”, który wyniósł Katie na szczyt popularności. Pamiętam tę pogodną, uroczą, tryskającą energią brunetkę, która swoją urodą inspirowała guru make-upu – Bobbi Brown. Od tego czasu minęło 15 lat, a ja mam wrażenie, że dziś siedzi przede mną ta sama uśmiechnięta i skromna dziewczyna. Widzę jednak, że droga, którą Katie przeszła, coś w niej zmieniła. Dziś jest kobietą. I jest zdecydowanie silniejsza – nie tylko fizycznie. Rola, nad którą obecnie pracuje, wymagała od niej wiele uporu i odwagi. Piękne, długie loki zamieniła na zadziorne cięcie w stylu pixie, a godziny spędzone na budowaniu górnych partii ciała na siłowni zaowocowały atletyczną sylwetką. „Nigdy nie chciałam być mięśniakiem – śmieje się Katie. – Ale zależało mi na tym, by autentycznie odegrać rolę silnej kobiety z wojska, która rzadko spogląda w lustro i dba o formę nie z próżności, ale z obowiązku. Bo tego właśnie wymaga od niej praca”.

Czy teraz wszyscy będą mówić, że „Katie Holmes strzela do wrogów”? Nie brzmi to tak wiarygodnie, jak „Katie Holmes piecze ciasteczka” albo „Katie Holmes ma kolekcję pluszowych zwierzątek” (zapewnia, że nadal jest ich wielką fanką). Ale pracuje nad tym.

Na bakier ze sportem

Katie nigdy nie ukrywała, że uprawianie sportów nie znajduje się w kręgu jej zainteresowań. Holmes dorastała w Toledo w stanie Ohio w rodzinie zapalonych sportowców. Była najmłodsza z pięciorga rodzeństwa. W przeciwieństwie do większości rodziny, od zawsze miała artystyczną duszę. Często przesiadywała na siłowni z pudełkiem kredek i plikiem kartek. Nigdy nie spoglądała z zainteresowaniem w stronę ciężarów czy bieżni. W liceum zamiast sekcji koszykówki i drużyny cheerleaderek wybrała śpiew i taniec. Sportowy duch Holmesów dał o sobie znać, gdy 45-letni wówczas ojciec Katie, razem z jej starszym bratem, podjęli decyzję o wystartowaniu w Maratonie Bostońskim. „Miałam wtedy 13 albo 14 lat i pamiętam, że byłam pod wielkim wrażeniem. To zdarzenie miało na mnie ogromny wpływ”. Na tyle duży, że po dwudziestce Katie przebiegła maraton w Nowym Jorku.

„Pomyślałam wtedy, że jeśli im się uda, nie będę mogła być gorsza i będę musiała im dorównać”. Przebiegnięcie 42 km było dla niej wspaniałym przeżyciem, ale jak sama mówi, wolałaby tego nie powtarzać. „To było niesamowite. Pokonywanie kolejnych kilometrów, przebieganie przez te wszystkie dzielnice. Czujesz się wtedy jak członek pewnej społeczności. Wszyscy ludzie, którzy ci towarzyszą, są ogromną inspiracją, także ci, którzy jadą na wózkach inwalidzkich. Pamiętam, że dobiegając do 32. kilometra, płakałam, mówiąc, że nie dam rady pokonać kolejnych dziesięciu. Ale dałam”.

Dziś Katie stawia na zajęcia grupowe, najczęściej spinning. „Lubię to poczucie przynależności do małej wspólnoty, które towarzyszy wszystkim zajęciom w grupie – wyjaśnia. – Gdy otaczają mnie ludzie, mój trening sprawia mi większą frajdę. Jestem też bardziej zmotywowana. Kiedy nie mam już siły, rozglądam się, patrzę na resztę grupy i mówię sobie: »Jeśli oni mogą to zrobić, to ja też mogę«”. Przygotowując się do roli, Katie korzystała także z pomocy trenerki. Ostre, dwugodzinne sesje, wypełnione po brzegi przysiadami, brzuszkami i ćwiczeniami z hantlami. „Zaczynałam od 2-kilogramowych ciężarów, teraz ćwiczę z 7- i 9-kilowymi – mówi Katie z nieskrywaną dumą. – W planie treningowym było też dużo boksu. Uwielbiam to! Po całym dniu możesz uwolnić się od tego całego stresu, który w tobie siedzi. Po prostu idę tam, myślę o wszystkich przyziemnych rzeczach, które mnie denerwują, i wyładowuję napięcie – dodaje, markując uderzenie. – Telefon zawsze zostawiam w szatni. To czas dla mnie i nie chcę, by coś odwracało moją uwagę”.

Dziewczyna z zasadami

Balans – to słowo klucz. Ale nie w sensie fizycznym: Katie stara się zachowywać dystans wobec technologii. Jako mól książkowy z prawdziwego zdarzenia zawsze stawia papierowe wydania książek ponad elektroniczne. „Kiedy trzymam w ręce książkę, czuję, że jestem bliżej autora” – mówi.

"Jestem matką, więc wiem, co znaczy robić 25 rzeczy naraz"

Holmes nie utożsamia się też z kulturą selfie – na próżno szukać na jej owym profilu setek idealnych autoportretów. „Pamiętasz czasy, w których aparat wyjmowało się jedynie na urodziny, święta, wakacje i rodzinne zjazdy? – wspomina z nostalgią. – Najważniejsze jest celebrowanie wspólnych chwil z dala od odciągającej uwagę technologii”.

Katie została wychowana w duchu umiłowania dla sztuki i kultury. „Moja matka zawsze zabierała mnie do muzeów i teatrów. Jestem jej wdzięczna za to, że zaszczepiła we mnie fascynację sztuką”. Źródłem jej artystycznych inspiracji jest to, co bezpośrednio ją otacza. „Czasem potrzebuję przemalować pokój. Kilka razy z rzędu” – śmieje się. To właśnie matka jest dla niej największą inspiracją. Opiekując się na pełen etat dziećmi, potrafiła sprytnie zaszczepić w nich bezcenne wartości. Nauczyła Katie, jak ważne jest otaczanie się pięknem, bez względu na to, jak to piękno się definiuje.

„Czuję, że jestem prawdziwą szczęściarą. Moja matka jest najbardziej kreatywną osobą, jaką znam. To zdolna artystka, umie zrobić wszystko: zasłony, poduszki, sweter na drutach – co dusza zapragnie. A co najważniejsze, robi to wszystko z miłością. Gdy dorastałam, zawsze brałam to za pewnik. Z wiekiem doceniam jej postawę życiową coraz bardziej”.

Dziś Katie sama jest szczęśliwą matką 12-letniej Surii, jak wspomina, cały czas szuka swojego sposobu na bycie superrodzicem. Z każdym kolejnym rokiem dostrzega w macierzyństwie coraz więcej trudności i nie wstydzi się przyznać, że czasem potrzebuje wskazówki. Stara się też unikać internetowego życia, bo jak sama przyznaje, ma tendencję do porównywania się z innymi matkami.

„Przeglądam Instagram i myślę sobie: »Ona zabrała swoje dziecko do Maroka, dlaczego ja nie zabrałam swojego«?” – śmieje się. Z drugiej strony, niewiele matek reżyseruje i gra we własnych filmach. Jako reżyserka Katie zadebiutowała w 2016 roku filmem „All We Had”. Aktualnie pracuje nad kolejną produkcją – „Rare Objects”, realizowaną na podstawie książki Kathleen Tessaro. „Niektórzy pytają mnie, jak udaje mi się to pogodzić – reżyserowanie i granie głównej roli. Ale tak naprawdę to nie jest tak trudne, na jakie wygląda. Jestem matką, więc wiem, co znaczy robić 25 rzeczy naraz” – mówi z uśmiechem Katie.

Odnoszę wrażenie, że w tę produkcję Katie zaangażowała się mocniej niż w poprzednią. Że ta historia jest bliska jej sercu – nie sposób nie odnieść jej do burzliwego konfliktu sprzed sześciu lat. „W pewnym momencie – mówi – bohaterka i jej matka nie mogą dojść do porozumienia”. Ich trudną relację symbolizuje filiżanka, która pęka na kilka kawałków. „Jest taka japońska tradycja, zgodnie z którą pękniętą filiżankę skleja się, używając złotej farby. Wtedy okazuje się, że popękane naczynie jest piękniejsze od tego, które stoi na półce w całości”. Właśnie ta idea urzekła Katie Holmes. „Gdy coś Cię złamie, a Ty masz w sobie na tyle sił, żeby się pozbierać i złożyć z powrotem do kupy, przechodzisz przemianę. Twoje »złamane ja« jest silniejsze od tego nietkniętego – przerywa, po czym dodaje: - Tak naprawdę to nie jest Twoje »złamane ja«, ale doświadczone. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze”.

Zobacz też: „Musiałam dowiedzieć się, co kryje się głębiej” [historia Jenny Dewan]

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA