REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Dlaczego warto przejść na weganizm [spowiedź byłego mięsożercy]

Jeszcze niedawno przejście na zieloną stronę mocy wiązało się z wyrzeczeniami i krzywymi spojrzeniami babci przy niedzielnym obiedzie. Na szczęście moda na wege i wegan zmieniła układ półek w sklepach, rankingi najlepszych knajp, a nawet znaczenie nieśmiertelnego „Zjesz coś jeszcze?”. Sprawdź, jak zostałem jednym z wojujących wegan, i dołącz do nas.

dieta wegańska Weganizm to nie tylko decyzja, co jeść, a czego nie jeść.

Nigdy nie zapomnę momentu, w którym moja narzeczona zakrzyknęła: „Od dzisiaj nie jem mięsa, a Ty?”. To był pierwszy stycznia, mieliśmy za sobą już jedno (nieudane, rzecz jasna) podejście, więc do głowy by mi nie przyszło, że tym razem to coś więcej niż kolejne, ot tak rzucone, noworoczne postanowienie. A z tymi to wiadomo, jak jest. Powiedziałem więc: „OK, czemu nie?”. Dziś, dwadzieścia dwa miesiące później, robię krok dalej.

Od razu zaznaczę, że oboje byliśmy w pełni mięsożerni. I to przez całe życie, czyli przez prawie trzydzieści lat, nie licząc tych kilku tygodni wygłupu, o których wspomniałem. Nasz przypadek jest klasyczny. Najpierw przez wiele lat trwała tzw. faza wyparcia. Oczywiście wiedzieliśmy to i owo o losie zwierząt (staramy się być tzw. świadomymi konsumentami), o biznesie, który bazuje na ich – dziś jako wojujący weganin nie boję się użyć tego słowa – cierpieniu. Tylko nie brałem tego w żaden sposób do siebie (i moja dziewczyna też). Miałem paru przyjaciół wegetarian i wegan. Część z nich próbowała nas uświadomić, część wprost nazywała mordercami. A ja dalej nic sobie z tego nie robiłem. W końcu stek, który lądował na moim talerzu, brałem ze sklepu, z eleganckiej lodówki ze szklanymi drzwiczkami. Zapakowany hermetycznie z przepisem na odwrocie. Parówki uśmiechały się do mnie z reklam, a następnie z talerza. I smakowały pysznie. Sto procent satysfakcji, zero wyrzutów sumienia – przemysł dba o nasze dobre samopoczucie.

Faza zwątpienia

Później obejrzałem sporo filmów, które mną wstrząsnęły. Produkcja mięsa, ubój rytualny, fermy futrzarskie, krowy, kury, myśliwi (nie będę podawać linków – z łatwością odnajdziesz odpowiednie wideo w sieci). Zacząłem obserwować konkretne profile na FB, przeczytałem książkę „Farba znaczy krew”. Odechciało mi się jeść. Jednak tylko na chwilę, bo przecież – to chyba najsłynniejszy argument, z którym zmierzyć musi się każdy początkujący wegetarianin – jedna osoba nie zrobi różnicy. I nie robiłem jej dalej. Z kilku powodów. Najważniejszy to ten, z którym nie uporałem się do dziś – ja po prostu lubię smak mięsa. Drugi – kiedy przychodziło do robienia zakupów, w sklepie działałem jak automat. Podchodziłem do półek, które znałem, sięgałem po ten sam zestaw produktów, co zawsze, aby następnie przygotować w domu ulubione dania. Szukać nowych przepisów? Eksperymentować? Gubić się do tego wszystkiego w sklepie? Żeby zaryzykować smaki, które mi nie podejdą? Po kilkunastu latach budowania zakupowych przyzwyczajeń? Odpuściłem. Gdzieś tam z tyłu głowy miałem świadomość, że robię źle, ale nie potrafiłem się przemóc. W końcu jedna osoba nie robi różnicy, prawda?

Zamiana na zdrowe

No i przyszedł koniec roku, solidna impreza, a po niej – nie będę ukrywać – delikatne zmęczenie materiału. Z moją narzeczoną w Nowy Rok zawsze zalegamy na kanapie i oglądamy filmy, jeden po drugim, aż do wieczora. Romantyczne komedie, strzelanki, melodramaty, thrillery i dokumenty. I jakoś tak na platformie VOD trafiliśmy na film o wysoko przetworzonej żywności. Bleeee. I nagle przestałem mieć ochotę na przekąski, które w misce leżały na moich kolanach – zwłaszcza że po drodze tego dnia parę prozdrowotnych myśli (od razu po przebudzeniu) mi po głowie przeszło. I wtedy padło to zdanie: „Od dzisiaj nie jem mięsa, a Ty?”. „OK, czemu nie” – odpowiedziałem. Nie wiem do dziś (nie potrafię odnaleźć tego filmu), dlaczego tych kilkadziesiąt minut seansu tak nami wstrząsnęło i dlaczego to na mięso (trochę niesprawiedliwie) zrzuciliśmy całą winę. Ale słowo się rzekło, postanowienie zostało zawarte. Coś, co narastało we mnie od dłuższego czasu, w końcu w pełni się zmaterializowało, znalazło swoje ujście.

ZOBACZ TEŻ: Jak uratować świat?

Argumenty przeciwko wysoko przetworzonej żywności są mocne. Według prestiżowego British Medical Journal wzrost spożycia takiego jedzenia o 10% zwiększa ryzyko chorób nowotworowych aż o 12%. To naprawdę dużo. A biorąc pod uwagę fakt, że określić tym mianem możemy wszystkie produkty, które w swoim składzie mają barwniki, stabilizatory, aromaty, konserwanty i nie tylko, okazuje się, że z każdym posiłkiem fundujemy sobie nie tylko zastrzyk kalorii, ale i przyszłych problemów ze zdrowiem. Na mojej liście produktów spożywczych wysoko przetworzonych główne miejsce zajmowało mięso pod postacią wędlin (na kanapce, na pizzy, z makaronem, na desce jako przekąska w knajpie). I chyba właśnie dlatego – uznając argument zdrowotny za przeważający, ostateczny, rozstrzygający raz na zawsze kwestię: jeść mięso czy nie – zdecydowałem się je odstawić. „To pierwszy krok” – powiedziałem mojej dziewczynie, wiedząc, że jego naturalną konsekwencją będą kolejne. Przez moment miałem jeszcze wątpliwość związaną z ilością białka, którą jako sportowiec amator powinienem dziennie przyjmować, ta jednak szybko została rozwiana. Bo mimo że to właśnie z mięsa (i odżywki) czerpałem go najwięcej, szybko zorientowałem się (ach ten internet), że z odsieczą przyjdą mi wegańskie zamienniki, tofu, rośliny strączkowe – sportowców wegan jest na świecie sporo, szlaki zostały przetarte, drzwi zostały wyważone.

Następnego dnia przyszedł czas na pierwsze zakupy. Koszmar! W sklepie spędziłem chyba dwa razy więcej czasu niż zwykle. Gotowanie już w domu? Jeszcze gorzej – przeglądałem blogi, wideo, zaglądałam do przepisów WH i jakoś nie mogłem się w tym wszystkim odnaleźć. Ale to tylko początkowy szok. Po tygodniu radziłem sobie całkiem nieźle. Wegetarianizm nie jest w końcu taki trudny. Zostaje nabiał, jajka – więc nie ma problemów ani ze śniadaniami, ani z kolacjami. Na obiad zawsze można zjeść jakiś makaron z pesto albo warzywami. Da się? Ano da się. Tylko to wszystko było dla mnie trochę bez smaku i bez sensu. Aż odkryłem wegańską kuchnię tajską. Wsiąkłem. Wizyty w sklepie – niesłychana radość z poznawania nowego. Odkryłem, że nawet w supermarketach są półki z wegetariańską i wegańską żywnością. Wyjścia do knajpy ze znajomymi również zyskały ten dreszczyk emocji towarzyszący odkrywcom. Okazało się, że nawet w miejscach, do których chodziłem wcześniej, karta bogata jest w dania oznaczone zielonym listkiem, a ja po prostu nie zwracałem na nie uwagi (wegańskie burgery z mojego ulubionego food trucku okazały się dużo lepsze niż klasyczne bułki z wołowiną i boczkiem). Automatycznie – to naturalna kolej rzeczy – zacząłem jeść też dużo więcej warzyw, kasz, różnego rodzaju past. Tofu i tempeh wylądowały w moim koszyku na stałe, tak jak zamienniki klasycznego mięsa. Po dwóch miesiącach zorientowałem się, że jem dużo zdrowiej i smaczniej. Zasko.

ZOBACZ TEŻ: Jak cieszyć się sezonowymi owocami cały rok

Wojujący wegetarianin

Oczywiście to wszystko był dla mnie (i mojej narzeczonej) ogromny szok. Którym od razu zaczęliśmy dzielić się z przyjaciółmi (poszło gładko – kiedy wpadaliśmy do nich na kolację, wszyscy jedli dania wege), znajomymi (tutaj tolerancja też zwyciężyła) i koleżankami oraz kolegami w pracy (bywało różnie). I powinniśmy na tym poprzestać. Nastąpił jednak kolejny etap – zaczęliśmy przekonywać do swoich racji. A tych mamy po swojej stronie sporo (co nie oznacza, że wszyscy chcą je poznać. Jednak jeśli dotarłaś aż tutaj – z pewnością Ty akurat chcesz). Na początku na pytanie, jak się czuję, nie jedząc mięsa, co jem w takim razie i czy robiłem badania, odpowiadałam rzeczowo. Wspominałem za każdym razem o argumencie z żywnością wysoko przetworzoną. Mówiłem, że według danych GUS i prognoz Instytutu Ekonomiki Rolnictwa i Gospodarki Żywnościowej w 2018 roku statystyczny mieszkaniec Polski zje 30,5 kg drobiu, 40,5 kg wieprzowiny i 2,2 kg wołowiny. Łącznie z podrobami specjaliści przewidują wynik 79 kg. „To nie tak dużo – słyszałem wówczas – bo daje tylko około 200 gramów mięsa dziennie”. OK, można tak to ugryźć. Jednak gdy weźmie się pod uwagę fakt, że jeden kurczak przeznaczony do uboju waży niecałe 2,5 kg, świnia (nazywana tucznikiem) 100 kg, a krowa ok. 500 kg, wychodzi nam, że rocznie każdy z nas pozbawia życia sporo istnień. I nie ma żadnego znaczenia fakt, że nie dzieje się to naszymi rękoma.

Mówiłem dalej – gdy pytano mnie o samopoczucie – że produkcja mięsa odpowiedzialna jest za, według różnych szacunków, od 14% do 18% emisji gazów cieplarnianych. Że gdybyśmy wszyscy przestali jeść mięso, a pola uprawne służyłyby karmieniu ludzi, a nie zwierząt przeznaczonych na ubój, pokonalibyśmy głód na świecie. Że myśliwi najpierw dokarmiają zwierzęta, zwiększając ich populację, tylko po to, żeby następnie czerpać radość z zabijania. Opowiadałem o krabie, który oczywiście, że czuje ból, bo przecież gotujące się szczypce chce sobie odciąć... I tak dalej, aż uznany zostałem głośno i wyraźnie za wojującego weganina (byłem wówczas jeszcze wege, nie wegan), który odbiera innym radość z posiłku. Wtedy uznałem, że może trochę się zagalopowałem (chociaż nikt podczas tych rozmów nie jadł; wszystkie odbywały się albo w korytarzu, albo przy ekspresie). W końcu pytano mnie o samopoczucie po zrezygnowaniu z jedzenia mięsa...

I trafiło mnie. Że nie jestem w stanie na pytanie o samopoczucie odpowiedzieć inaczej. Ile razy nie zaczynałbym od konkretów: że wysoko przetworzone, że do niczego nam niepotrzebne, że jemy go po prostu za dużo i może po prostu warto byłoby mięso ograniczyć, dochodziłem do momentu, w którym górę brały emocje. Bo to właśnie one ostatecznie, tak myślę, decydują o ewentualnym zrezygnowaniu najpierw z jedzenia mięsa, a następnie z produktów pochodzenia zwierzęcego. I dalej do zrezygnowania z korzystania z takich produktów w ogóle. Bo – warto szybko dodać – weganizm to nie tylko decyzja, co jeść, a czego nie jeść. To również świadome zakupy w sklepie obuwniczym, w salonie samochodowym, nawet w aptece czy drogerii. Jeśli uważasz po prostu, że zwierzętom dzieje się krzywda, a może bardziej precyzyjnie, że to my, ludzie, wyrządzamy zwierzętom krzywdę, będziesz chciała to powstrzymać.

ZOBACZ TEŻ: Olej kokosowy. Ideał, czy ściema?

Jeśli natomiast stoisz na stanowisku, że człowiek ma prawo swojemu stylowi życia podporządkować cały świat i wszystko, co żyje – wówczas tego dylematu po prostu mieć nie będziesz. Argument zdrowotny, który w moim wypadku okazał się na początku przeważający, w którymś momencie może bowiem zejść na drugi plan. Przecież z łatwością wyszukać można inne badania, inne autorytety, które potwierdzą upragnioną przez nas tezę.

Przejście na dietę bez mięsa nie oznacza, że masz rezygnować z ulubionych smaków. Cały czas możesz przygotowywać swoje ulubione dania, tylko że ze zdrowszymi zamiennikami.

Łatwiej nie będzie

Na szczęście dla tych, którzy choć przez chwilę mieli wątpliwości, wegeteriański i wegański świat bardzo przejście na zieloną stronę mocy ułatwił. Umówmy się: po prostu powstała moda na wege i wegan. Przyszła do nas oczywiście z Zachodu (pamiętacie słynnych wegetarian cyklistów?) i wydaje się, że zostanie z nami na dłużej. Zauważyli to restauratorzy, bo przecież według portalu Happy Cow Warszawa znajduje się na siódmym miejscu w rankingu najbardziej przyjaznych dla wegan miast na świecie. Wyprzedza Toronto, Pragę i Paryż! Zauważyli to producenci żywności, bo marek wege i wegan jest po prostu coraz więcej (polecam Serotoninę i Bezmięsny Mięsny). Zauważyli szefowie wielkopowierzchniowych sklepów, oddając tym producentom eksponowane półki. Zauważyły media i zauważyli influencerzy, zauważył też redaktor naczelny ... Skoro w Ikei pojawiają się wegeteriańskie hot-dogi, to wiedz, że coś się dzieje. Słowem: być wege albo wegan to teraz naprawdę łatwa sprawa. Nie oznacza już wyrzeczeń i ograniczenia się do jedzenia surówki w firmowej stołówce. Nie oznacza krzywych spojrzeń babci przy niedzielnym obiedzie, bo przecież te kotlety z kalafiora, które jej przywiozłaś, żeby spróbowała, są takie pyszne, lekkie i sycące jednocześnie! Nie oznacza zagubienia przy sklepowych półkach. I nie oznacza – co według mnie ma spore znaczenie – zrezygnowania z ulubionych smaków.

ZOBACZ TEŻ: Jak myć warzywa, żeby zmyć pestycydy?

Zaprosiliśmy jakiś czas temu znajomych na kolację. Przygotowaliśmy im lasagne bolognese. No, prawie, bo zamiast mięsa znajdował się w niej zamiennik kupiony w supermarkecie (Vegan Meaty Mix marki It is not mEAT). Oczywiście poinformowałem wszystkich o tym fakcie dopiero po tym, jak każdy zgłosił się po dokładkę. Długo musiałem zapewniać, że naprawdę nie mają do czynienia z mięsem. Podobnie sprawa wyglądała z carbonarą z boczkiem roślinnym i zamiennikami jajek i parmezanu, wegańskimi flakami z boczniaków z przepisu Marty Dymek z Jadłonomii czy kanapką z szarpaną wieprzowiną, którą tak naprawdę okazał się owoc chlebowca w sosie barbecue. Kulinarnych możliwości jest naprawdę masa. A ich odkrywanie daje ogromną satysfakcję.

Wcześniej do gotowania podchodziłem raczej sceptycznie (to rzecz jasna eufemizm), wsiąkłem jednak w ten świat, bo w końcu w sklepie spożywczym czuję się jak w tym z elektroniką. A osiągi sportowe? Jeśli nastąpiła jakaś zmiana, to tylko na plus.

Twój wybór to Twoja sprawa

Jesteśmy wszystkożerni, a mięso nie jest jedynym źródłem białka. Butów i paska naprawdę nie potrzebujemy skórzanych. To z małych rzeczy, naprawdę małych, każdorazowych wyborów rodzą się rzeczy duże i ważne. Ograniczając jedzenie mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego, wywierasz wpływ na swoje najbliższe otoczenie, a nawet cały świat. Bo nie jesteś jedyna. Według Portalu Spożywczego już 10% młodych Polaków (w wieku 25-34 lata) deklaruje dietę wegetariańską. Ten odsetek będzie tylko rósł. Jestem pewien, że tego trendu nie da się już zatrzymać. Wystarczy, że każda i każdy z nas po prostu spróbuje. Nikt nie każe Ci od razu zostać weganką albo frutarianką. Po prostu ogranicz spożywanie mięsa i produktów pochodzenia zwierzęcego. Wyjdzie Ci na zdrowie, być może uspokoi trochę sumienie, a na pewno pomoże Ci odkryć nowe, pyszne smaki. Spróbuj, tak jak ja spróbowałem. I być może tak samo jak ja za kilka albo kilkanaście miesięcy zdecydujesz się po prostu na kolejny krok. Staram się być teraz 100% wegan. I wiesz co? To wcale nie jest trudne. Wystarczy przestawić jedną wajchę.

Czytaj też: Naturalne probiotyki: jakie warzywa i owoce można kisić?

Komentarze

 (1)
ZOBACZ KOMENTARZE

REKLAMA

REKLAMA