REKLAMA
REKLAMA
PODZIEL SIĘ



OCEŃ
5.0

Historie 2 Polek, które od marzeń przeszły do działania

Każda z nas ma jakieś hobby. Myślimy: rzucę wszystko i tym się zajmę. Ale brakuje nam odwagi. Trzeba zaryzykować, nie zawsze się udaje. Oto kobiety, które zdecydowały się same pokierować swoim życiem i stworzyć miejsca pracy, które im odpowiadają i w których czują się szczęśliwe.

fot. shutterstock

A gdyby tak, zamiast chodzić do pracy w jakiejś korporacji, której nie znosisz, w której dzień jest podobny do dnia i nie masz na nic wpływu, zacząć realizować swoją pasję? Wstawać rano z uśmiechem, pędzić jak na skrzydłach do własnej firmy, do własnych klientów. Samej organizować sobie plan dnia, samej wyznaczać sobie cele i wdrażać swoje własne pomysły? I oczywiście zarabiać na tym przyzwoite pieniądze. Marzenie? Są kobiety, które od marzeń przeszły do działania. I dały radę.

Anna Bieluń

Ministerstwo Dobrego Mydła

Z zawodu dziennikarka i fotograf. Razem z młodszą siostrą Urszulą Bieluń prowadzą Ministerstwo Dobrego Mydła – rodzinną manufakturę mydlarską, produkującą ręcznie wyrabiane naturalne mydła i kosmetyki. Firma mieści się w Szczecinie. Tam zarządza Ula, a w Warszawie, gdzie jest też ich sklep – laboratorium i manufaktura – rządzi Ania. Anna i Urszula Bieluń śmieją się, że Ministerstwo Dobrego Mydła powstało z połączenia ich pasji i dystansu pożyczonego od Monty Pythona i Ministerstwa Dziwnych Kroków. Jest w tym dużo prawdy, bo firmy nie byłoby, gdyby nie charakter sióstr, ich odwaga, ale i luz.

Najpierw była pasja Ani do naturalnych kosmetyków. Już w liceum szukała ekologicznych produktów, a w internecie znalazła przepis, jak wyprodukować mydło. „Okazało się, że do produkcji własnego mydła nie potrzeba sprzętu, wystarczy kilka naturalnych produktów i kuchenka”. Ania wyjechała do Warszawy, gdzie studiowała psychologię kliniczną na SWPS. W wynajmowanym mieszkaniu, po zajęciach, tworzyła i ulepszała mydła. Dawała je do testowania rodzinie i przyjaciołom. „Poprawiłam receptury, żal było wyrzucać kosmetyki, więc znajomi brali i rozdawali. W końcu zaczęto mnie pytać, czy nie sprzedałabym ich. Nie mogłam tego robić, bo sprawdziłam ustawę o kosmetykach. Ale pozytywne oceny dodawały mi odwagi”.

Pewnego dnia odezwał się do niej kolega i powiedział, że trwa konkurs na granty z tamtejszego urzędu marszałkowskiego. Ania wiedziała, że to szansa, by spełnić pasję, ale sama nie da rady. Zadzwoniła do Uli, która studiowała wtedy architekturę na pierwszym roku. Zgodziła się. Siostry wygrały konkurs i dostały grant. „Te 40 tysięcy złotych dotacji wystarczyły nam na m.in. zakup sprzętu. Pamiętam, że miałam 200 złotych na koncie i próbowałam coś z tym zrobić. Na początku było ciężko, brakowało nam wiedzy, ale same się uczyłyśmy i opracowywałyśmy technologię. Na pierwszy kurs w Anglii musiałyśmy pożyczać pieniądze. Gdybym wtedy miała tę wiedzę, co teraz, pewnie nie zdecydowałbym się na założenie fi rmy z takim budżetem i zapleczem, jak miałyśmy”. Ale udało się. O ekologicznych mydłach Ministerstwa zrobiło się głośno, bo nie tylko są świetnej jakości, ale łatwo je zamówić. Ula zarządza produkcją, magazynem i dystrybucją, Ania zajmuje się kwestiami formalnymi i organizacyjnymi. Jeździ na targi branżowe, testuje i zamawia nowe surowce. W warszawskiej manufakturze produkuje nowe kosmetyki, a potem omawia z Ulą ich wdrożenie. Ich firma to dziś kilkanaście osób. Rynek naturalnych kosmetyków staje się coraz większy, ale to tylko mobilizuje je do rozwoju. „Polski rynek kosmetyków wyróżnia się na tle Europy – wyjaśnia Ania. – Tam działają tylko wielkie koncerny. U nas duży kawałek tortu dzielą między sobą polskie firmy kosmetyczne, te większe, jak Eris, Bielenda czy Dermika, jak i sporo manufaktur produkujących niszowe produkty”.

Ania i Ula odniosły sukces, bo dokładnie wiedzą, czego chcą. Założyły, że to firma niszowa, której nie reklamują celebrytki, a ich mydeł nie znajdzie się w każdym sklepie. Klient może za to wpaść do warszawskiego sklepiku i przez szybę obejrzeć produkcję. Firma dała Ani spełnienie marzeń, a obu siostrom wolność. Mają poczucie samostanowienia i robienia wszystkiego na własnych warunkach, coś, czego nie da się osiągnąć w korporacji.

Agnieszka Mielczarek

Coach żywieniowy, współwłaścicielka firmy BioBistro.

W miseczkach pokrojone warzywa, w innych orzechy, pestki dyni, słonecznika. W słojach soczewica, ciecierzyca, kasza bulgur. Nad stołem unosi się aromat przypraw. Wystarczy zamknąć oczy, aby znaleźć się na bajecznie kolorowym suku w Marakeszu. Agnieszka, w szarym fartuszku, posypuje dania miętą i pietruszką. Tu w kuchni BioBistra, na warszawskim Mokotowie, szykuje catering dla indywidualnych klientów i firm. Współpracuje ze swoim wspólnikiem Danielem Brzezińskim, profesjonalnym kucharzem. Ich biznes, po roku od rozpoczęcia, rozwija się znakomicie. Oprócz tego, że przygotowują diety pudełkowe, doradzają także firmom, które zapragnęły zmienić coś w swoich stołówkach. „Przyznaję, że moje życie nabrało szaleńczego tempa – mówi Agnieszka. – Ale nie żałuję”.

Z wykształcenia jest romanistką. Przez wiele lata pracowała jako menedżerka męża Pascala Brodnickiego. To zajęcie umożliwiało jej zapewnienie opieki synkowi Leo, bo większość obowiązków mogła załatwiać z domu. Ale Agnieszka jest kreatywną osobą i trochę brakowało jej nowych wyzwań. Zawsze świetnie gotowała, interesowała się dietetyką, zdrowym odżywianiem i chciała się tym dzielić. „Wszyscy czytają o dietach, dużo wiedzą, co jest niezdrowe, a i tak tyją na potęgę – mówi. - Wiedziałam, że jeśli chcę pracować z ludźmi, to brakuje mi wiedzy na temat pracy z przekonaniami, zachowaniami. Dlatego pomyślałam o studiach związanych ze zdrowym odżywianiem i psychologią”.

Wybrała coaching zdrowia. Po studiach zaczęła pracować z pacjentami, otworzyła gabinet. Te doświadczenia pomogły jej napisać kilka książek. Zawierały one nie tylko proste przepisy, ale rady, jak pracować nad sobą, jak się rozwijać, w jaki sposób myśleć o jedzeniu. Jednak klienci wciąż namawiali ją, żeby pomyślała o robieniu cateringu zdrowotnego. Po terapii byli gotowi na zmianę, ale narzekali na brak czasu na przygotowywanie posiłków. Rozumiała to, ale broniła się przed taką pracą.

„Wiedziałam, że gastronomia to ciężka i trudna dziedzina, zastanawiałam się, czy podołałam – opowiada. – Pewnego dnia obudziłam się i stwierdziłam, że muszę to zrobić. Gdy przegapię ten czas, będę miała do siebie pretensje. Niektóre kobiety około 40. oglądają się wstecz, boją upływu lat. Ja nie miałam z tym problemu, dobrze wyglądam, a jedyną rzeczą, o której marzyłam, była samorealizacja. Czułam, że mam potencjał, którym mogę się podzielić. Taka potrzeba, gdy jej się nie realizuje, może nas niszczyć. Zdecydowałam się działać i spróbować, nawet kosztem czasu, który wcześniej dawałam rodzinie”. Przyznaje, że nie dałaby rady bez wsparcia Pascala. To mąż wziął na siebie część obowiązków związanych z zawożeniem syna do szkoły. On też polecił jej współpracę z wieloletnim przyjacielem Danielem. Wiedziała, że może liczyć na jego znajomość gastronomii, organizacji kuchni. Gdy rok temu startowali, na warszawskim rynku było 265 firm rozwożących diety pudełkowe. Nie zrobili biznesplanu. Działali po swojemu, czasem wbrew zasadom ekonomii. Ustalili, że jakość obroni się sama. Cena ich posiłków jest wyższa od większości diet pudełkowych na rynku. Wykorzystują najlepsze produkty, świeże, sezonowe, ekologiczne. Prawie się nie reklamowali, ale wieść o nich rozniosła się pocztą pantoflową. Część to klienci Agnieszki, których coachuje, są też przyjaciele, trochę aktorów, dziennikarzy. „W te pudełeczka wkładam całą wiedzę i duszę. Wiele osób dzięki temu nie tylko lepiej się czuje, ale przyznaje, że zniknęły wszelkie dolegliwości. Teraz wciąga nas projekt doradztwa zmian w menu kantyn i stołówek w dużych firmach. Dziś zaczynają one dbać o pracowników także przez dietę. Oprócz zapewnienia opieki medycznej i karnetu do fitness klubu starają się myśleć o zdrowym jedzeniu. Darmowy karnet na siłownię wcale nie zachęca do ćwiczeń, o wiele więcej można zrobić dobrym jedzeniem”. Dla Agnieszki ważna jest idea zmiany stylu życia przez odżywianie. Zaczęła prowadzić kanał na YouTubie „Jedz inaczej”. Chce promować łatwe sposoby na dobre i zdrowe życie. „Praca na pewno zabrała mi czas -wyznaje. – Mamy dom na Warmii, gdzie zwykle spędzałam dwa miesiące. Ale dojrzałam do momentu, że ważniejsze jest poczucie spełnienia i to, że dobrą energią dzielę się z ludźmi”.

Zobacz też: Jak urządzić domowe biuro

Komentarze

 
DODAJ KOMENTARZ

REKLAMA

REKLAMA